Weganka na szczycie

ODSŁONA PIERWSZA: ROZPOZNANIE

Na szczycie Jaworzyny, gdzie mieszkałam przez tydzień w Kolibie Krynickiej, są 4 restauracje łącznie z naszą. Wszystkie mają nieomal identyczne menu: dużo mięsa – „bo to po góralsku”, moskole, placki ziemniaczane, frytki, naleśniki, rosół, pomidorowa, kwaśnica, pizza, rydze na maśle, śledź. Po kilku krótkich rozmowach mam ogląd sytuacji:

  •  w cieście na pizzę jest mleko (przepraszam znajomych Włochów;-)
  •  w plackach ziemniaczanych jest jajko i być musi, bo „mamy gotowe, mrożone, kto-by-tam-samodzielnie-na-świeżo-robił-czasu-nie-ma”
  •  frytki są tez mrożone, we fryturze z olejem palmowym, patrz punkt jak wyżej
  •  gotowanych ziemniaków nie ma, tylko opiekane, we fryturze, bo wygodniej
  •  w moskalu jajko i też jest mrożony-gotowy
  •  wszystkie zupy w menu są na mięsie
  •  naleśniki z gotowej mieszanki robionej na cały dzień, w składzie jajka i mleko, wiadomo
  •  na śniadanie parówki, jajecznica, kulki czekoladowe i dżemy z plastiku. Dla dekoracji ogórek i pomidor.

Słowem, szału nie ma… Zaczynam szukać.

 

ODSŁONA DRUGA: ZAPRZYJAŹNIAMY SIĘ
Skoro nie jest łatwo i menu w karcie ani zdrowiu ani weganizmowi nie sprzyja, trzeba pogłówkować. Przy kolejnym podejściu analizuję kartę od strony składników i uzupełniam wiedzę z pomocą przesympatycznej kelnerki. Jest marchewka, ale tylko gotowa tarta, do sałatki. Z innych warzyw jest cebula, pomidor, ogórek, papryka. I rydze. I pieczarki. W kuchni znajdzie się jeszcze kiszona kapusta i kiszone ogórki. Ziemniaki ew można upiec w całości i podać bez sera. Pytam szefową o kaszę gryczaną na śniadanie: „A pewnie, ni mo sprawy, sie zrobi!”. Czyli jest nadzieja.

 

ODSŁONA TRZECIA: JEMY

Duszone rydze da się zrobić na oleju. Da się też udusić pieczarki, choć trochę nielegalnie, bo przecież są tylko do pizzy. Nawet paprykę można dołożyć, choć w sumie jest do dekoracji. I cebulę, choć ta przewidziana jest w zasadzie do śledzia. Kasza gryczana jest już gotowana codziennie na śniadanie i to w wielkiej misie, bo znaleźli się liczni chętni. Jutro ma byc jęczmienna, żeby była odmiana. Surówkę da się podać bez śmietany i majonezu, uff. Z bagaży naszej klasowej ekipy na stole pojawia się coraz więcej produktów: ktoś przywiózł mleko roślinne, są bakalie, siemię lniane, granat, nawet awokado. Z zapasów mam jeszcze 2 grejpfruty i cynamon do kaszy. Jest dobrze.

 

ODSŁONA CZWARTA: ZIELONY DOMEK U PODNÓŻY JAWORZYNY
Zmachana i mokra po trzykrotnym lądowaniu w kałuży z warstwą lodu zbiegam z Jaworzyny. Zimno, więc kusi myśl o herbacie. Bez przekonania po doświadczeniach na szczycie pytam o warzywa. Tu na szczęście są dostępne, łatwiejsza logistyka zakupów bez konieczności dostawy kolejką linową robi swoje. Chcąc uniknąć bezbarwnych rozgotowanych „warzyw z wody”, proszę o warzywa „podduszone z czosnkiem i ziołami”. Kelner trzy razy przychodzi się dopytać, a bezradna mina nie wróży dobrze. Chcę jeszcze jakieś węglowodany, ale macham w końcu ręką, bo pewnie i tak tylko „we fryturze”. I przychodzi zaskoczenie – po kilkunastu minutach dostaję pełen talerz pysznych, wyrazistych w smaku warzyw, zgrabnie ułożonych wokół ryżu z ziołami oraz świeżą gałązką kolendry i pietruszki. Rewelacja! Zdecydowanie 10 pkt – i za smak i za wygląd. Pomimo bardzo eleganckiego wystroju restauracji cena przyjazna  – za danie, herbatę i espresso płacę 30 zł. Warto zapamiętać to miejsce. Warto pytać, rozmawiać i prosić.

 

ODSŁONA PIĄTA: SAMI SWOI
Schronisko PTTK Bacówka nad Wierchomlą. Przed wejściem napis „zdrowa kuchnia”. W nogach 28 km, wiec byłam nawet gotowa na frytki we fryturze… „Zupa wegańska? Tak, mamy, 2 rodzaje. Oczywiście, że nie na mięsie i bez śmietany. Wczoraj był krem brokułowy, dziś pomidorowa, a jutro będzie marchewkowa.” Za kelnerką Pauliną widać garnek z prawdziwymi, właśnie obieranymi ziemniakami, jak miło… Żadnych mrożonek. Na widok mojej zaskoczonej miny włącza się pani Zofia – „my tu mamy punkt dla biegaczy podczas Biegu 7 Dolin, super impreza, herbatę wystawiamy dla wszystkich. A kuchnia zdrowa, swojska, sami wszystko robimy.”

 

 

Pomidorowa była pyszna, marchewkowa następnego dnia również, bo oczywiste przybiegłam sprawdzić. Na schodach leżał pies, na moich kolanach kot, a ja po raz kolejny uwierzyłam, ze jest łatwiej niż myślisz, a kto szuka ten znajdzie…

 

PS. Wieczorem na kolację do duszonych warzyw na moim talerzu kucharz dorzucił sam z siebie kukurydzę. Jest dobrze. Wystarczy dać sobie szansę.

 

Posted by | View Post | View Group
Udostępnij:

Dodaj komentarz