O czytaniu etykiet

Trzy lokalizacje w ciągu 2 tygodni spowodowały, że trzeba było wyjść z oswojonej strefy komfortu zakupów i jedzenia. Zaczęło się od żywienia w Kolibie na szczycie Jaworzyny Krynickiej, potem były zakupy w Gorcach, a na koniec sklepy spożywcze w Beskidzie Żywieckim. Wnioski są proste – trzeba czytać etykiety. TRZEBA CZYTAĆ ETYKIETY ZAWSZE. Wszystkiego, z chlebem i chrzanem włącznie. A jak tylko się da, kupować rzeczy bez etykiet, nieprzetworzone. Takie czasy.

 

CHLEB

Zacznę od chleba, bo doświadczenie próby zakupu tego tak podstawowego i wydawałoby się prostego w składzie produktu mocno mnie poruszyło. Na codzień kupuję chleb od zaprzyjaźnionej Mamy Agaty, która piecze w domu, albo w Grzybkach (skład sprawdzony online). W dużych sklepach nie bywam, z tego względu dawno już nie miałam okazji do lektury etykiet na chlebie naszym powszednim. Tymczasem… W sklepie w Ustroniu przeczytałam skrupulatnie wszystkie nalepki i okazało się, że w składzie poza mąką, wodą i drożdżami lub zakwasem można znaleźć jeszcze m.in.: płatki ziemniaczane, mąkę sojową, gluten i słód pszenny, olej rzepakowy, emulgatory, kwas askorbinowy, przeciwutleniacz, regulator kwasowości i susz chlebowy. Z rosnącym niedowierzaniem brałam kolejne bochenki do ręki i… finalnie z chleba finalnie zrezygnowałam. Kasza też dobra.

 

FRYTKI

Lubię ziemniaki w każdej postaci. Frytki również, a często się zdarza, że to jedno z niewielu dostępnych dań roślinnych w przydrożnej restauracji. Okazało się jednak, ze mrożone frytki – a na nich niestety bazuje wiele miejsc – są już nasączone olejem (!) przez producenta. Na początku prosiłam o sprawdzenia, jaki olej jest w mrożonce i jaki jest używany do smażenia. Jak trafiałam na olej palmowy, rezygnowałam. Słonecznikowy i rzepakowy wydawał się mniejszym złem, ale frytki smakowały… dziwnie. To samo zastrzeżenie dotyczy mrożonych frytek do przyrządzania w domu – również mają często olej w składzie, więc i tu warto przeczytać etykietę przed zakupem.  A gdy nie mamy pewności, że w restauracji frytki są przygotowywane od zera, lepiej wziąć ziemniaki z wody, a frytki przygotować samodzielnie w domu w piekarniku. Obieranie ziemniaków to dobry czas na uspokojenie umysłu 😉


 

MROŻONE WARZYWA

Skoro nie chleb i nie ziemniaki, to może gotowa mrożonka, skoro czasu mało, a do dyspozycji tylko mikro kuchnia w pensjonacie..? Nic z tego!  Po lekturze etykiet okazało się, że i w mrożonych warzywach w składzie można znaleźć cukier, olej i wzmacniacz smaku (zobaczcie np. mieszanka warzywna marki Iglotexu z ziemniakami). Zatem i przy tym pozornie niewinnych mrożonych warzywach warto uważnie przeczytać skład.

 

CHRZAN, BARSZCZ CZERWONY

O tych produktach już kiedyś pisałam.  Markę Krakus należy omijać szerokim łukiem (porcja chemii, dużo soli i serwatka w bonusie), znacznie lepszy jest Hortex. Co do chrzanu to jest z nim jak z cukrem, czyli  zawartość chrzanu w chrzanie możne być poniżej 40%. Wniosek ten sam – trzeba  czytać skład albo przygotować własny.

 

I na koniec MASŁO ORZECHOWE

Masło orzechowe dość niedawno wkroczyło do mojej kuchni. Szybko nauczyłam się też, żeby starannie wybierać słoiczki i marki, bo zawartość (% orzechów ziemnych, sól, cukier, olej palmowy, inne oleje) może się znacznie od siebie różnic. Na zdjęciu dla porównania Primavika i Felix. Jak na razie wśród produktów dostępnych w zwykłym sklepie zdecydowanie wygrywa Primavika.

Podsumowując, olej palmowy i syrop glukozowy w składzie powodują, że produkt zostawiam na półce bez chwili wahania. Cukier i sól wzbudza moją czujność, a emulgatory i ulepszacze omijam radykalnie. O składnikach pochodzenia zwierzęcego (mleko w proszku i serwatka jako najczęstsze dodatki „do wszystkiego”, żelatyna) nawet nie wspominam jako weganka. I cieszę się, że w składzie kaszy nadal jest tylko kasza.

Czas na bieganie i kiszone ogórki 😉

 

Posted by | View Post | View Group
Udostępnij:

Dodaj komentarz