O ekwiwalencie przyjemności i reakcji wyboru

Zainspirowała mnie lektura o tym, jak w naszych głowach kształtuje się lub jest przez nas świadomie kształtowany ekwiwalent danej wartości. Przyjemność, szczęście, sukces, spełnienie, radość, udany dzień – każdy nieco inaczej widzi te wartości i odczuwa je w innych sytuacjach. Zapewne mało kto świadomie… A warto. Jeśli rozumiemy przyjemność tylko w jeden sposób, np zjedzenie jeszcze jednego ciasteczka, wpadamy w pułapkę reakcji braku. Upraszczając, jeśli po stresującym dniu, w trudnej sytuacji albo w ramach planowania miłego weekendu w głowie zapala się lampka „przyjemność = jedzenie”, jesteśmy na prostej drodze do problemów z (nad)wagą, obsesją jedzenia etc. To samo może dotyczyć papierosa lub porannej kawy. Znasz to – „bez kawy nie zacznę dnia!”?

No dobrze, a jak NIE MA TEJ KAWY TO CO? Koniec świata? Brak możliwości odczucia przyjemności? Prawo do bycia rozespanym lub złym cały poranek? A może są inne opcje? I tym miejscu jest czas na trening, umożliwiający przejście z „reakcji braku” do „reakcji wyboru”. To bardzo miły trening, nawet nie trzeba wstawać z fotela i dobrze się go uprawia przed zaśnięciem. Polega na świadomym i rzetelnym odpowiedzeniu sobie na pytanie, czym jest dla mnie np. ekwiwalent przyjemności Drugi krok to zastanowienie się, jakie INNE ekwiwalenty przyjemności mam jeszcze do dyspozycji, poszerzając swoją paletę możliwych działań, tak aby działać z przestrzeni wyboru, nie zaś jego braku

Tyle tytułem przedstawienia głównego wątku wczorajszej lektury. Zasnęłam z myślą, czym DLA MNIE jest przyjemność.  Z tą samą myślą długo głaskałam budzącego mnie psa, poszłam na poranny spacer i piłam kawę. Gdy spojrzę sobie uczciwie prosto w duszę, to jak definiuję przyjemność? Dużo dobrego jedzenia? Lampka wina? Pół tabliczki czekolady ? Czytanie w łóżku? Poranna kawa? Co wyświetla się w głowie na hasło „mam teraz chwilę dla siebie i chce miło spędzić czas”. Dziś, wczoraj, kiedyś. Pierwszym obrazem był cichy kąt, książka i duże chrupiące jabłko. Jak udawało mi się jako dziecko zwiać od prac w gospodarstwie, tak właśnie najchętniej spędzałam czas. W wariancie idealnym cichy kąt był na jabłonce w naszym sadzie, a jabłko prosto z gałęzi. Ok, dalej. Kawa. Tak, zdecydowanie kawa. Zdecydowanie za często kawa – tu chyba jestem blisko kryterium braku. Nic to, szukam dalej. Jak jeszcze definiuję lub MOGŁABYM definiować obraz przyjemności? Jak poszerzyć repertuar świadomie dostępnych reakcji, aby sięgać po nie częściej niż po espresso? A może właśnie poranne niespieszne głaskanie przez sen psa, który zaprasza na spacer, ale jeszcze nie pogania, tylko się przytula? Bieg, gdy moc buzuje w łydkach? Przyjemność spojrzenia na ład w mieszkaniu? 10 min rozchichotanej lektury w szczelnym przytuleniu z córką, tak żeby „nawet atom się nie wcisnął”? Dobra muzyka w aucie, która przenosie w inną rzeczywistość? (ostatnie trzy dni to opera, uśmiecham się za każdym przekręceniem kluczyka, gdy zalewa mnie fala wysokiego C). A może 3 minuty skupionego słuchania śpiewu ptaków, które nawet w środku Warszawy dają koncert? Zakup kwiatów na poranny stół? Telefon do dawno niesłyszanego przyjaciela..? Jak poszerzyć opcję „podwójne espresso z cukrem” na morze innych możliwości?

A Ty? Czym jest dla Ciebie ekwiwalent przyjemności…?

Posted by | View Post | View Group
Udostępnij:

Jedna myśl na temat “O ekwiwalencie przyjemności i reakcji wyboru

Dodaj komentarz