14 tydzień, MP 24h, 9 kwietnia 2017

W tym tygodniu odliczałem już dni do wyjazdu do Łodzi. Poniedziałek zupełnie wolny, choć wieczorem jeszcze porcja ćwiczeń w Adidas Runners Warsaw a we wtorek i środę trochę biegania, tak po 10 km średnio. Od środy zacząłem jeść więcej węglowodanów, nawet w postaci zwykłego cukru, którego sobie nie żałowałem, choć normalnie nie używam. Słodycze, desery z Chia, ale przede wszystkim kasze, makarony, ryż. Zapasy glikogenu miały rosnąć, bo wiedziałem, że energia będzie mi potrzebna. No i sen, dużo spałem, nawet udało mi się zrealizować popołudniowe drzemki. Sen również był potrzebny. Także krótko mówiąc 4 dni się przygotowywałem, a w piątek po południu pojechałem do Łodzi. Ponieważ wyjechałem przed 16:00 wpadłem już w weekendowe korki, ale w sumie mi to nie przeszkadzało zbytnio. Słuchałem powieści i układałem w głowie strategię na bieg. Dojechałem przed 19, więc jeszcze kolacja na która się wybrałem do nowo powstałego miejsca z wegańskim jedzeniem „Zjadliwości„. Jeżeli jeszcze nie znacie, lub bywacie w Łodzi tylko okazjonalnie to polecam, fajne, przyjazne miejsce z dobrym jedzeniem. A po kolacji spać, chwilę po 22:00 byłem już w łóżku

W sobotę obudziłem się dość wcześniej, jednak postanowiłem nie wstawać za szybko. Zjadłem śniadanie i czytałem, zmieniłem nawet plan, żeby pojechać rano po pakiet. Uznałem, że zdążę odebrać go przed startem. Także nadal ładowałem baterie.

O godz. 11:00 byłem już jednak w Parku Piłsudskiego gdzie były zaplanowane zawody. Szybki odbiór pakietu, powitanie z licznymi znajomymi, kilka kroków na rozgrzewkę i ostatnie zdjęcie przed startem.

Równo o 12:00 nastąpił start, zegar ruszył i ja ruszyłem na swoją pierwszą, oficjalną 24 godzinną przygodę. Pierwsze kilometry to było rozpoznanie, rozgrzanie organizmu, wrażenia i oglądanie sunącej zwartą grupą czołówki która oddalała się w dużym tempie. Przez pierwsze kilka godzin towarzyszyła mi myśl o tym, jak trudne to wyzwanie, jak długo trwa, jak ważne, żeby nie przytrafiła się żadna kontuzja, szczególnie tak głupia jak pęcherze, czy otarcia które skutecznie potrafią, nawet jeśli nie wykluczyć, to spowolnić i odebrać przyjemność. Na szczęście nic takiego się nie stało, a po ok 5-6 godz biegu poczułem, że wpadam w rytm, a może trans. Zegar na mecie zaczął odliczać godziny już dużo spokojniej, w równym rytmie.
Po 50 km (5 godz. 45 min., śr tempo 6:45 min/km) miałem zaplanowaną pierwszą przerwę na ciepłe jedzenie. Tu się wspaniale sprawdziła Viola, która przygotowała pyszną, sycącą zupę soczewicową, zagryzaną bułką, a dodatkowo miałem kanapki z pieczywa gryczanego z masłem orzechowym. Oczywiście zanim pojawił się czas obiadu w miarę regularnie jadłem co 20-30 min drobne przekąski. Najbardziej odpowiadały mi daktyle, paluszki słone i oczywiście żele ALE które miałem przygotowane. Popijałem na zmianę wodą, colą oraz izo. Biegło mi się coraz lepiej, w głowie miałem spokój i świadomość, że poza nieprzewidzianym zdarzeniem powinienem sobie z tym wyzwaniem poradzić. Cały czas założenie miałem na 161 km, czyli 100 mil. To był mój cel, a co potem to już tylko bonus.
Po ok 70 km zmieniłem buty (zacząłem w Hoka Clifton2) z powodu ucisku w przedniej części stopy. Okazało się, że stopy które zaczęły już zapewne puchnąć mają zbyt mało miejsca, także zdecydowałem zmienić na Saucony. To było dobre rozwiązanie, ponieważ są bardziej przewiewne i mają zdecydowanie więcej miejsca na palce. Co ciekawe natychmiast po zmianie odczułem różnicę w amortyzacji, a co ważne, miałem wrażenie, że te dwa buty są bardzo podobne. Jednak 70 km w biegu pokazało wyraźnie, że Hoka jest zdecydowanym liderem. Na szczęście na trasie którą poprowadzony był bieg znajdował się również tartan z którego zacząłem korzystać, co zniwelowało różnice w amortyzacji. Do 100 km biegłem we wkładkach korygujących, jednak poczułem, że zaczynają mnie niebezpiecznie obcierać w środkowej części śródstopia, a na pęcherze było jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Ponieważ to była druga przerwa na ciepły posiłek wykorzystałem ten czas również na zmianę wkładek w butach na klasyczne. Różnicy w amortyzacji nie poczułem, za to niebezpieczeństwo otarcia zniknęło. Także oto miałem za sobą pokonaną setkę, (czas 12 godz 17 min., śr tempo 7:22 min/km, czas drugiej 50: 6 godz. 32 min, śr tempo 50 km 7:50 min/km) i biegło mi się nadal zdecydowanie dobrze i miło. Dzień już dawno się skończył, jednak nie czułem żadnych oznak senności, głodu czy zmęczenia. Cały czas, regularnie co godzinę, poza podgryzaniem, łykałem po 2 pastylki ALE Salt, co zapewniło całkowity brak skurczy. Właściwie mięśniowo nie miałem żadnych, najmniejszych problemów co mnie bardzo cieszyło, szczególnie po przygodzie w Nowej Zelandii gdzie już od 30 km miałem bolesne  skurcze w udach. Moim zdaniem to był efekt braku jedzenia na trasie, zapewne połączony z temperaturą. A wracając do Łodzi, biegło mi się nadal dobrze, choć nocne godziny trwały trochę dłużej w mojej świadomości. Wiedziałem, że świt będzie przed 6 rano, jednak te 6 nocnych godzin to było wyzwanie. Na szczęście w parku wciąż jeszcze sporo się działo, nadal na trasie pozostało wielu biegaczy, a dodatkowo biegło kilkanaście osób w ramach nocnego startu na 100 km który ruszył o 19:30. Oglądanie inny biegaczy i analizowanie ich stylu biegu i formy jest dobrą ucieczką od monotonii. Ja dodatkowo słuchałem audiobooka, więc trochę uciekałem od tu i teraz.
150 kilometr powitałem z prawdziwą ulgą, czas biegu pokazał, że jednak zwolniłem, niemniej biegło mi się nadal dobrze. I co zaskakujące, wolałem biec niż maszerować, mniej mnie bolały nogi które były już mocno zmęczone. Cały czas towarzyszył mi również ból pod lewym kolanem, coś czego nigdy wcześniej nie czułem, jakieś ścięgno łydki, może przyczep. Na szczęście towarzystwo bólu było akceptowalne, niemniej trwało już w sposób ciągły. Po 150 km (19 godz. 46 min., śr tempo 7:45 min/km, czas trzeciej 50: 7 godz, 29 min, śr tempo 50 km 8:58 min/km) zjadłem kolejny większy posiłek i okazało się, że nawet tak krótka, ok 10 min. przerwa spowodowała, że mięśnie już zdążyły stężeć. Ruszyć było bardzo ciężko, na szczęście po kilku minutach biegu wszystko wróciło do normy.
Nad ranem pojawiła się mgła i chłód, założyłem kolejną warstwę odzieży i, no tak, biegłem dalej. Ponieważ wiedziałem, że 100 mil zostanie osiągnięte zacząłem analizować na ile mnie stać, biorąc pod uwagę średnie tempo i czas jaki mi pozostał. Wyszło mi, że stać mnie na 175 km, zatem z taką myślą pokonywałem kolejne okrążenia. W tle docierały do mnie informacje o kłopotach z pomiarem czasu, o zakończeniu zawodów przez kolejne osoby, kontuzjach które się pojawiły. Byłem jednak skupiony na sobie i na rytmie biegu. Kolejne okrążenia mijały dość płynie i oto pojawiło się 180 km na horyzoncie. To była 23 godzina biegu i kilkanaście minut. Nie pozostało mi nic innego jak kontynuować. Kiedy pokonałem 91 okrążeń (czyli właśnie 180 km) chciałem pobiec jeszcze jedno, dla pewności, że to właśnie wynik 180 km pojawi się przy moim nazwisku. Właściwie już sobie obiecałem, że to ostanie, jednak kiedy tylko dobiegłem do końca okrążenia i okazał0 się, że mam jeszcze ok 18 minut, natychmiast zdecydowałem się na kolejne, właściwie nawet się nie zatrzymując. Już w biegu oddałem kurtkę, żeby sobie ułatwić, tym bardziej, że było prawie południe i zaczynało się robić ciepło.
Ostatnie moje okrążenie tego biegu, 93 przypomnę, przebiegłem najszybciej, co pokazuje, że doskonale wytrzymałem trudy biegu i została mi jeszcze  rezerwa energii w organizmie. I w głowie chyba też 😉 Pokazuje to również, że:
a/dobrze się przygotowałem,
b/ skutecznie jadłem i piłem przez cały czas.
Energii mi nie zabrakło. Wbiegłem na metę na 5 i pół minuty przed końcem czasu. Właściwie zgodnie z formułą zawodów mógłbym biec dalej, aż do końcowej syreny, jednak postanowiłem zostać i dać sobie możliwość radosnego uczestniczenia w zakończeniu zawodów. Wynik 184 km i 253 metry  (93 okrążenia o długości 1981, 2237 m) był i tak spełnieniem moich marzeń i zdecydowanie przewyższał planowane 161 km 🙂
Byłem szczęśliwy. Zmęczony i szczęśliwy. Co ciekawe nie byłem wyczerpany, zmarznięty ani głody, więc jak widać zadbałem o siebie przez te wszystkie godziny.

Szybkie statystki na podstawie zapisu Garmin Fenix 5

  • odległość: 184 km 253 m (zegarek zmierzył 184,44 km co jest wynikiem fenomenalnym jak na pracę z GPS 24h)
  • czas aktywności: 24:00’01”
  • czas ruchu: 21:49’03”
  • średnie tempo: 7:48 min/km
  • średnie temp ruchu: 7:06 min/km
  • wzrost wysokości: 641 m
  • spadek wysokości: 697 m (to akurat jest dziwne, skoro biegliśmy po stałej trasie
  • czas 50 km nr 1 – 5 h 45 min (6:45 – śr tempo z czasu łącznego aktywności)
  • czas 50 km nr 2 – 6 h 32 min (7:50 – śr tempo z czasu łącznego aktywności)
  • czas 50 km nr 3 – 7 h 29 min (8:58 – śr tempo z czasu łącznego aktywności)

Jak widać wyraźnie spadło tempo na 50 nr 3, zapewne wzrosła również ilość przerw, czyli są duże rezerwy w treningu, szczególnie wytrzymałości tempowej, ale też ogólnej i sile mięśni. Będzie co robić na treningach 🙂

Oczywiście są jeszcze kulisy tych zawodów, czyli fantastyczny, nieziemski Najlepszy Wynik na Świcie Patrycji Bereznowskiej czyli 256 km. To jak biegła Patrycja zasługuję na oddzielny wpis, ponieważ biegła niezwykle skutecznie, jak zaprogramowana. Zwycięzca zawodów, Andrzej Radzikowski, osiągnął 258 km, niewiele zabrakło do rekordu Polski Pawła Szynala który wynosi 261 km, a jednocześnie jak niewiele mniej przebiegła Patrycja! Fenomenalny talent. W tle rozgrywał się dramat, przez wiele godzin lidera zawodów, czyli Sebastiana Białobrzeskiego. Jego przewaga w pewnym momencie wynosiła nawet ponad 6 km, jednak na mniej niż 2 godz przed końcem doznał makabrycznej ściany. Tak jakby odcięło go od całej energii. Z trudem szedł, nie mówiąc nawet o biegu. W czasie tych niecałych dwóch godzin pokonał – UWAGA: DWA okrążenia! To była solidna lekcja i sądzę, że ważna nauka dla Sebastiana. Jednak jego klasę potwierdza fakt, że pomimo tego zajął drugie miejsce z wynikiem 249 km. Gratulacje.
Gratulacje dla wszystkich zawodników którzy ukończyli te zawody.

A ja? No cóż, cieszę się bardzo, że udało mi się osiągnąć taki wynik. To wspaniała świadomość. I, na szczęście, wciąż mam apetyt na więcej 🙂
Choć najbliższe dni odpoczywam, aż do chwili kiedy organizm się zregeneruje!

Posted by | View Post | View Group
Udostępnij:

Jedna myśl na temat “14 tydzień, MP 24h, 9 kwietnia 2017

Dodaj komentarz