Smak 7. Nowa Zelandia

Poland – Hong Kong – New Zealand

Uff, dolecieliśmy. Ponad 18 tys. kilometrów, 43 godziny, 3 samoloty. Podróż do Nowej Zelandii to nie byle co…

Zaczęło się w Warszawie pobudką o 5:00. Walizki spakowane, zważone, paszport i portfel w kieszeni, ulubione buty do biegania spakowane, można lecieć. Na początek zamiast porannej kawy zdziwienie obsługującego nas przy check-inie mężczyzny, „nie mogę Państwa zachekować na lot do Nowej Zelandii. Macie Państwo wizę?”

Przez sekundę czułam jak robi mi się słabo „Wizę….? Przecież nie jest konieczna”. A, faktycznie, pomyliłem się, nie jest’. Jeszcze chwile trwało zanim odzyskałam oddech. I po co tak ludzi o świcie straszyć?

Na początek żabi skok w wykonaniu LOT-u czyli szybki transfer do Frankfurtu. Tam zaczęła się właściwa część podróży czyli przelot do Hong Kongu liniami. Obsługa bardzo miła, ale chyba nie przyzwyczajona do polskich eksplozji śmiechu. Gdy chciałam zamówić lampkę wina, stewardessa zapytała mnie z troską „Are you still ok?” Dłuższą chwilę zajęło zrozumienie mi, że jest przekonana, że to nie jest dziś mój pierwszy alkohol. Cóż, to już wolę zrezygnować z wina niż ze śmiechu.

Linie lotnicze zachwyciły nas wegańskim jedzeniem – od przystawek po dania główne i owoce na deser. Smacznie i prosto.  Zjedliśmy po czym wszyscy grzecznie zostali poproszeni o opuszczenie żaluzji i pójście spać. Rozsądne – w końcu lądowaliśmy o poranku lokalnego czasu, warto się było więc wyspać, przestawiając zegar biologiczny.

Lot był długi i w miarę spokojny, choć nie zabrakło kołysania.

W samolocie zaskoczyło mnie, nie obytej z lotami transkontynentalnymi, indywidualne gniazdka przed każdym siedzeniem do ładowania telefonu  – znak dzisiejszych czasów.

Hong Kong.

Plan na 8 godzin w HK był jasny – zwiedzanie.  Za pomocą pociągu (ok 30 min, bilet powrotny: 50 HKG za osobę) przedostaliśmy się do głównej części miasta, po drodze oglądając z niedowierzaniem gęsto ustawione wieżowce o wyglądzie tych na Ursynowie z lat 7-tych, tyle że… 50-piętrowych. Mrówkowce-giganty. Brrrr.

Centrum Hong Kongu jest potężną mieszanką starego i nowego. Obok luksusowych biurowców o setkach pięter stare, zaledwie „15-piętrowe”. Pomiędzy nimi resztki minionej zabudowy tego miasta, prawdę mówiąc najciekawsze, choć też najbardziej zrujnowane. Obok olbrzymich luksusowych sklepów Gucci i Armani – stragany z zieleniną i koralikami. Mimo wszystko jest w tym mieście mocno zachodni charakter. Stroje mieszkańców, samochody, sklepy wyglądają zupełnie po europejsku, egzotyki nie widać. Uspokaja, ale też trochę budzi niedosyt. Rekompensuje to nam wizyta na straganach z warzywami, których przedziwne kształty przypominają, że od Europy dzieli nas dobre klika tysięcy kilometrów. Myślę, że ponad połowa warzyw i owoców była mi nieznana. Uwagę zwracały ogromne ilości sprzedawanej w wiąchach zieleniny. O tak, ulubione zalecenie dietetyków „jedzcie więcej zielonych liści” łatwo tu był zrealizować.

Odwiedziliśmy też 2 wegańskie lokale. Pierwszy był bardzo eco-amerykański w stylizacji z menu ciekawym,  choć dość międzynarodowym. Ceny… Cóż, dobry poziom europejski. W drugim lokalu czyli Loch Tea House położonym w Parku klimat był zupełnie inny. Niestety ceny również, adekwatnie do wyobrażenia o wyjątkowości tego miejsca. Robert zamówił herbatę, ja nie miałam chęci, ale usłyszałam. „It’s a tea house. You need to order a tea. One tea per person. Sorry”. Cóż, to była chyba najdroższa herbata mojego życia, choć niewątpliwie też najbardziej wyrafinowana. Na długo zapamiętam instruktaż „Zalać wodą i liczyć do 45.” Wlać do filiżanki. Wypić.” Robert, zapytany o godzinę wyjścia odpowiedział „nie mogę, liczę.” Cóż, taki klimat….

W HK zwraca uwagę wielopoziomowość życia, wymuszona niewielką przestrzenią wysp. Wspomniane wieżowce tłoczą się koło siebie w odległości czasem kilkudziesięciu centymetrów. Mosty przeplatają się ze sobą we wszystkich kierunkach jak splątane bicze. Chodniki dla pieszych wiszą łukami nad ulicami na kilku poziomach, a po ulicachh krążą jeden za drugim wysokie klocki 2-poziomowych tramwajów i autobusów. Przestrzeń ma tu swoją wartość, to czuć na każdym kroku…

Z HK zwraca uwagę liczba zakazów i nakazów, opatrzona od razu informacją o wysokości czekającej kary w przypadku nieprzestrzegania. „Nie palić. Nie jeść i nie pić. Nie stawać na kamieniach. Nie robić zdjęć. Spuszczać wodę. Nie śmiecić, Nie karmić rybek. Nie dotykać roślin. Maksimum fee: XXX HKD”. Dobrze, już dobrze, będziemy grzeczni…. Robert, stań po właściwej stronie schodów, bo za to też na pewno jest kara. No dobrze, tylko która jest ta właściwa, skoro tu ruch jest lewostronny…?

Powrót na lotnisko miał być szybki. Zmyliły nas jednak 3 podobnie nazywające się stacje (pociągi, pociągi dalekobieżne, metro) i sieć podziemnych tuneli, równie złożona jak ta podniebnych mostów i mostków. Dzięki uprzejmości miłej pary trafiliśmy do właściwego miejsce i z pewną ulgą pożegnamy się z zatłoczonym, głośnym i pędzącym HK. Na odkrywanie bogactwa zieleni i warzyw przyjedziemy tu innym razem, na spokojnie.

Na lotnisku wezwano nas przez mikrofon VD i RZ immediately requested to th gate. Ups – I feel troubles. I owszem. Imigration office NZ nie akceptował naszego biletu stand-by i obsługa nie chciała wpuścić nas na pokład. Mieliśmy 5 min na kupno nowego biletu. Mało. Finalnie zmieniliśmy ten nasz, ale do NZ polecieliśmy samolotem o 21:30 zamiast o 15:00. Bywa. Po chwili stresu przyszła refleksja, że to finalnie drobiazg, wpisany w podróżowanie. … Czas spędzony na lotnisku dał okazję do podziwiania stacji ładowania telefonów co 20 metrów – cała ściana gniazdek, takich zwyczajnych i takich od razu do USB.

Kolejne 9000 km i 11 godzin lotu. Szczerze mówiąc, jakoś nie zdawałam sobie sprawy, że tak daleko do tej Nowej Zelandii, nawet jak się już jest po tamtej stronie świata. Podróże kształcą. I znów zniknął nam dzień po to, by obudzić się rano nad Auckland.

Błękitne niebo. Woda. Zieleń. Słońce. Lubimy Nową Zelandię.

#tarawera